Przyrodzona równość ludzi cz. 1

W poprzedzających wpisach przedstawiliśmy w głównych zarysach stosunek darwinizmu do socjalizmu w kwestiach własności i małżeństwa. Pozostaje nam tylko w krótkości dotknąć trzeciego stosunku wiążącego członków jednego społeczeństwa poza ekonomicznym i płciowym życiem, mianowicie podziału i porządku społecznego znajdującego swe odbicie w wyobrażeniach moralnych, a będącego warunkiem świadomej celowej łączności i współdziałania. Chodzi tu o kwestie psychologii i etyki społecznej, w szczególności o ideę przyrodzonej równości ludzi, tworzenie się klas, o kwestie rządów i panowania, podziału na zawody i wychowania.

Zdaje się, iż w pewnych kołach stało się dzisiaj modą bezcześcić pamięć Roussda w historycznych wspomnieniach ludzkości, wyszydzać z wyżyny przyrodniczej wiedzy jego wyobrażenia o pierwotnym stanie natury.

Z upodobaniem przedstawia się dziś walkę o byt w stanie pierwotnym rodu ludzkiego w barwach groźnych i ponurych, jak gdyby ludzie pierwotni nie mieli nic innego do czynienia, jak się wciąż ze sobą pasować i wzajemnie się pożerać. Tymczasem najnowsze badania Muckego zdają się świadczyć, że w wielu punktach Rousseau nie mylił się tak dalece. Zwalano na niego odpowiedzialność za rzekomo fałszywe i nieuzasadnione wyobrażenia socjalistów o przyrodzonej równości ludzi, popełniając przytem błąd podwójny, gdyż i jemu i socjalistom przypisywano poglądy, których wcale nie mieli. H. w. Treitschke woła, że zasadniczy błąd socjalistów opiera się „na szalonym wyobrażeniu o przyrodzonej równości wszystkich ludzi“, a niemiecki ekonomista G. Schmoller, który 25 lat temu przeciw uroszczeniom Treitschkego bronił poglądów na równość ludzi, brzmiących niemal socjalistycznie, a powoływał się przy tym na naukę Adama Smitha, którą przytoczymy później – dzisiaj nawrócił się do innych przekonań. „Przestarzały szpargał starej tandeciarni wieku oświeconego, pojęcie przyrodzonej równości ludzi, a nierówności wywołanej tylko przez sztuczne urządzenia państwowe i podział kapitału, stanowi milcząco przyjęty punkt wyjścia wszelkiej dosadnej argumentacji”. Darwiniści teoretycy społeczni dostarczyli nowej odsieczy w walce przeciw oświeconym ideom zeszłego wieku. Dowodzi to wielkiej niewdzięczności ze strony tych, co swą wysoką a swobodną duchową kulturą po większej części działalności zeszłowiecznych przodowników Oświecenia zawdzięczają, gdy względem Rousseau i jego towarzyszy przybierają lekceważącą postawę i udzielając im lekcji darwinizmu tak strofują, jak gdyby mieli przed sobą głupich żaków szkolnych. Kto jednak wtajemniczony jest cokolwiek w literaturę socjalistyczną i dzieła Rousse’a, wie, że ani on, ani socjaliści nie głosili takiej równości, jaką im zarzucają; Rousseau wprost przeciwnie nauczał: „Dostrzegam u ludzi, mówił on „dwa rodzaje nierówności’, jedną nazywam naturalną czyli fizyczną, gdyż stworzyła ją przyroda. Polega ona na różnicach wieku, stanu zdrowia, sił cielesnych oraz duchowych i umysłowych zalet. Drugą można nazwać moralną albo polityczną, gdyż zależy ona od pewnego rodzaju umowy i przez jednomyślną uchwałę ludzi została bądź to zaprowadzoną, bądź uprawnioną. Polega ona na różnych przywilejach, z których korzystają niektórzy kosztem innych, bądź to dlatego, że są bogatsi, potężniejsi lub bardziej szanowani, niż tamci, lub też dla tego, że tamtych wprost opanowali i ujarzmili. O źródło, nierówności naturalnej pytać nie można, gdyż sama jej nazwa już zarazem jego określenie stanowi. Tym mniej nie można roztrząsać, czy istnieje rzeczywisty związek między obu rodzajami nierówności; znaczyłoby to bowiem stawiać pytanie, czy ci, co rządzą, są nieuchronnie więcej warci niż ci co ich słuchają, czy siły cielesne i umysłowe, mądrość i cnota zawsze u tych jednostek pozostają w prostym stosunku do ich potęgi i bogactwa. Pytanie to byłoby właściwym dla natur niewolniczych w obecności ich panów, lecz nie przystoi ono ludziom rozumnym i wolnym dążącym do swobody“.