Przyrodzona równość ludzi cz. 2

Widzimy, że Rousseau bynajmniej nie głosi przyrodzonej równości ludzi, jak mu przypisują jego przeciwnicy. Nigdy też nie twierdził, by ludzie w pierwotnym stanie natury mieli być absolutnie równi, słusznie tylko wykazywał, że w pierwotnych stosunkach panowała większa prostota i jednostajność pożywienia, trybu życia i zajęć, niż w społeczeństwie mieszczańskim, gdzie przyrodzoną nierówność wychowanie i wykształcenie potęguje, jeżeli ona jest, a nawet sprowadza tam, gdzie jej niema. Dlatego to Rousseau uważa kwestię związku między nierównością przyrodzoną a społeczną jako zrozumiałą samą przez się, tak że człowiek do wolności dążący nie powinien jej poruszać, co mu bardzo za złe bierze Huxley, gdyż sam jest przekonany, że nierówność społeczna idzie w ślad za nierównością przyrodzoną. Rousseau ze swych badań wysnuwa wniosek, że nierówność moralna sankcjonowana przez pozytywne prawo jest wprost przeciwna prawu naturalnemu, ile razy nie znajduje się w prostym stosunku do nierówności fizycznej. Rozróżnienie to dostatecznie wskazuje, co myśleć należy o nierówności panującej między ludami ucywilizowanemu. Jest to bowiem jawnie sprzeczne z prawami natury, gdy dziecko rozkazuje starcowi, gdy idiota kieruje człowiekiem rozumnym i gdy garstka ludzi opływa w zbytkach, a głodne tłumy cierpią niedostatek.

I deklaracja praw człowieka i obywatela również nie głosiła równości takiej, z jaką się spotykamy w przesądach i uprzedzeniach reakcyjnych ekonomistów i przyrodników, Głosiła ona tylko, tak samo jak Rousseau w swoim „Contrat social“, równość wobec praw politycznych, lecz nie to, żeby wszyscy ludzie byli lub powinni być sobie równi. Przeciwnie ustanawia ona tylko, żeby wszyscy członkowie społeczeństwa, według miary sztych różnych zdolności, mieli równy dostęp do publicznych godności, stanowisk i urzędów, i aby tylko cnota i talent stanowiły między nimi różnicę. Te idee, cenne zdobycze istotnie wspaniałego postępu umysłowego i moralnego, i na wskroś przejęte zdrową i rozsądną dążnością społecznej wiedzy i społecznego sumienia, ośmielają się nasi nowocześni politycy, ekonomiści i darwiniści mieszczańscy, rzucać na strych między stare rupiecie wieku oświeconego, a to wszystko ze strachu przed czerwonym widmem demokracji społecznej. Jeżeli kogo, to raczej Adama Smitha, papieża ekonomii politycznej, należałoby tam umieścić, gdyż on miał istotnie przesadne wyobrażenia o równości ludzi. Naucza on, że różnice wrodzonych talentów są między ludźmi rzeczywiście o wiele mniejsze niż się na pozór wydaje, a rozmaitość uzdolnień do różnych zawodów, jaką wykazują między sobą ludzie dorośli, w wielu wypadkach nie tyle jest przyczyną co następstwem podziału pracy. Różnice najbardziej od siebie oddalonych typów, np. takie jak między filozofem a zwykłym tragarzem, nie tyle są wrodzone, ile wyrobione przez przyzwyczajenie, ćwiczenie i wychowanie. „Z przyrodzenia filozof swymi zdolnościami i skłonnościami nie tyle się różni od tragarza, co buldog od wyżła, wyżeł od ogara, a ogar od psa owczarskiego”. Jest to poniekąd przesadzone. Smith słusznie zaznacza wpływ podziału pracy na różnice między ludźmi; jednakże zrozumieć łatwo, że tego rodzaju wyobrażenia były nieuniknioną reakcją przeciw nadmiernej feudalnej pysze stanowej. Jakkolwiek Schmoller początkowo w swej nauce o równości na Adama Smitha się powoływał, obecnie zarzuca demokracji społecznej, że jej utopijnym ideałem, do którego i Marks bardzo jasno się przyznaje, jest zniesienie wszelkich przeciwieństw klasowych i ekonomicznych nierówności, wszelkich różnic majątku i dochodu. Prawdą jest, że socjalizm dąży słusznie do zniesienia antagonizmów klasowych, ale błędnie przypisuje mu się chęć usunięcia wszelkich różnic ekonomicznych. Już wielokrotnie odpierano te fałszywe i nieuzasadnione zarzuty przeciwników. Kiedyż nareszcie oskarżenia te ustaną? W swej „Krytyce społeczno-demokratycznego programu”. Marks stwierdza społeczny postęp i przejście do socjalistycznego porządku społecznego:

„Mimo tego postępu równe prawo zawsze jest skrępowane przez mieszczańskie ograniczenia. Prawo wytwórcy jest proporcjonalne do owoców jego pracy; równość na tym polega, że pracę mierzy się równą miarą. Ponieważ jeden ma nad drugim fizyczną lub umysłową przewagę, może w tym samym przeciągu czasu więcej zrobić, albo też może pracować w ciągu dłuższego czasu.