Przyrodzona równość ludzi cz. 3

Aby więc ilość wykonywanej pracy mogła stanowić miarę, należałoby ją oceniać według jej natężenia lub rozmiarów, inaczej nie mogłaby być jednostką miary. Takie równe prawo jest dla nierównej pracy prawem nierównym. Me uznaje ono żadnych różnic klasowych, gdyż każdy jest pracownikiem tak samo jak drugi; uznaje ono jednak milcząco nierówne uzdolnienie indywidualne i stąd nierówną wydajność pracy jako naturalne przywileje. Jest zatem w treści swej prawem nierówności jak każde inne. Prawo z natury swej może polegać tylko na stosowaniu jednostajnej miary; ale osobniki nierówne (nie byłyby zaś odrębnymi osobnikami, gdyby były sobie równe) o tyle tylko można mierzyć równą miarą, o ile się je ocenia z jednego punktu widzenia, o ile się je tylko z jednej strony bierze, np. w danym Wypadku traktując ich tylko jako pracowników i żadnych innych stron w nich nie widząc. Dalej jeszcze, jeden robotnik jest żonaty inny bezżenny, jeden ma dzieci, drugi ich nie ma itd. Zatem przy równej wydajności pracy, a stąd i równym udziale w społecznych zasobach środków spożycia, otrzymuje faktycznie jeden więcej niż drugi, jeden jest bogatszy, drugi uboższy itd. Aby uniknąć wszystkich tych stron ujemnych, prawo nie powinno by być równe. Tym czasem są one nieuniknione w pierwszej fazie społeczeństwa komunistycznego, gdy się ono po długich porodowych bólach z kapitalistycznego społeczeństwa wyłoni. Prawo nigdy nie może stać wyżej niż ustrój ekonomiczny i od niego zależny stopień społecznej kultury.

W wyższej fazie społeczeństwa komunistycznego, gdy zniknie niewolnicze poniżenie jednostek przez podział pracy oraz przeciwieństwo między pracą umysłową a fizyczną, gdy praca przestanie być wyłącznie środkiem utrzymania życia, a stanie się sama jedną z pierwszych potrzeb życiowych, gdy wskutek wszechstronnego rozwoju jednostek wzmogą się ich siły wytwórcze, a wszystkie źródła wspólnego bogactwa popłyną wezbranym potokiem, wtedy dopiero zupełnie będzie można porzucić ciasny widnokrąg mieszczańskich pojęć prawnych, a społeczeństwo na swym sztandarze nakreśli zasadę: „Każdy wedle swych zdolności, każdemu wedle jego potrzeb”.

Marks zatem najzupełniej uznaje przyrodzoną nierówność jednostek. Jednakże zniesienie panowania klas i uspołecznienie środków wytwórczości nie znaczy tyleż, co zniesienie wszelkich różnic społecznych. Kolektywizm taki jest właściwie zasadą socjalizmu w ściślejszym znaczeniu i podstawą społeczno-demokratycznego erfurckiego programu. Poza kolektywizmem upatruje Marks wyższą fazę rozwoju ekonomicznego i umysłowego tam, gdzie rzeczywisty panuje komunizm i spełnia się zasada: „Każdy wedle swych zdolności, każdemu wedle jego potrzeb!“. Nie opiera się to jednak na założeniu, by wszystkie wrodzone różnice uzdolnień i energii były zniesione, nie dąży też do bezwarunkowo równego podziału bogactw i dochodów. Taki komunizm jest indywidualizmem urzeczywistnionym. Wyraża on największą moralną prawdę ludzkości, a kto śledził dzieje moralnego rozwoju rodu ludzkiego, wie, że wszystkie siły umysłowe i ekonomiczne rozwijały się pracując nad spełnieniem tego zadania. W tym względzie wiemy, iż pozostajemy w jednomyślnej zgodzie z najszlachetniejszymi przedstawicielami rodu ludzkiego, z tymi, co stawali w obronie prawdy i sprawiedliwości.

Program społeczno-demokratyczny domaga się „Zniesienia przewagi klasowej i klas samych oraz równych praw i równych obowiązków dla wszystkich bez różnicy płci i pochodzenia”. Samo się przez rozumie, że nie oznacza to wcale równości jednostek, lecz ich zasadnicze równouprawnienie, niezależnie od klasy, płci i rasy. W odniesieniu do kwestii kobiecej powiedzieliśmy już to co najważniejsze. Socjalizm odrzuca prawa wyjątkowe przeciw pewnym określonym rasom i staje w obronie narodowej samodzielności ludu. Darwinistyczni politycy społeczni zaczepiali zniesienie przewagi klasowej.