Przyrodzona równość ludzi cz. 4

W społecznym porządku klasowym widzą oni działanie doboru naturalnego. Treitschke również wywodzi ekonomiczny podział klas z przyrodzonej nierówności, z nierównych sił rozstrzygających wszelką walkę o byt u ludzkości pierwotnej. Sądzi on, że przewaga klas nieuchronnie wynika z natury społeczeństwa, że jest to naturalna arystokracja. Dzielność klas panujących w historii w znacznej części wypływa z dziedziczności moralnego nastroju. „Jakikolwiek obmyślić by można ustrój społeczny, w każdym muszą istnieć klasy, biorące różny udział w pracach i zdobyczach cywilizacji. W każdym musi być klasa niższa, w którą wsiąka wszystko, co z winy własnej lub nieszczęścia w wyższej klasie utrzymać się nie może, a nawzajem swe najdzielniejsze siły dźwiga i warstwy wyższe niemi zasila“. Są to zdania płynące z głębi serca naszych darwinistów społecznych. Treitschke przecież obraca się wśród samych złudzeń, które drwią sobie z prawdy historycznej. Taką mogłaby być historia, taką by może być powinna. Ale historia nie jest tak uprzedzającą, by się stosować do teorii naszych uczonych. Równie błędnym jest przypisywać tworzenie się klas podziałowi pracy, jak doborowi naturalnemu. Nie tak to łatwo uniewinnić historię i nie ma w niej tyle wewnętrznej harmonii, by w walce ras, klas i jednostek zawsze najlepsi i najszlachetniejsi zwyciężali, zyskiwali przewagę i swe zalety dziedzicznie przekazywali. Nie można do zawikłanych umysłowych i ekonomicznych stosunków procesu społecznego stosować praw rozrostu organicznego w ich najprostszej formie. Tak samo jak mówią, że darwinizm jest nauką arystokratyczną, że jest naukowym uzasadnieniem nierówności, można by i wprost odwrotnie twierdzić. Zniesienie przewagi klas nie jest bynajmniej zamachem na przyrodę. Cóż bowiem właściwie nazywamy przyrodą? Nie jest ona niczym innym, jak teoretycznym i praktycznym stosunkiem naszych sił ludzkich do przeciwności, które nas z zewnątrz cisną;—jest ona zatem zupełnie zależną od naszego zachowania się wobec tych przeciwności. Zachowanie się zaś nasze na różnych szczeblach kulturalnego rozwoju jest bardzo różne i dlatego Marks słusznie widział „w całej historii nieustanne przeobrażenia natury ludzkiej”. Ribot w rozdziale o społecznych skutkach dziedziczności, gdy bada związek między dziedzicznością prawną a naturalną a istotę klas i kast wywodzi z wiary w dziedziczność, mówi: „Wszystko, co poprzednio powiedziane, wskazuje, że dziedziczność jest prawem przyrody, z którego się ludy w miarę wzrostu cywilizacji coraz bardziej wyzwalają”. Konsekwentny indywidualizm, który począwszy od zmierzchu wieków średnich wciąż się rozwijał, i dążył do wyzwolenia jednostki od przypadkowych okoliczności urodzenia i stanu majątkowego, a powodzenie jej oprzeć pragnie na jej własnych siłach i talentach, jest ostatnim rewolucyjnym czynem, który obali naiwną, zabobonną wiarę w uprzywilejowaną dziedziczność cech wybitnych w każdym rodzie lub kaście. Najdzielniejsze talenty i umysły ludzkości od wieków spotykały w dziedzicznych i społecznych urządzeniach zaporę dla swego rozwoju. Niezawodnie dziedziczność istnieje, ale ani nasza naukowa znajomość jej praw, ani tym bardziej naiwne przesądy kastowe nie wystarczają na to, by na jej zasadzie upoważniać społeczeństwo do tworzenia nienaruszalnych instytucji i nieomylnych przepisów. Talenty i zdolności bowiem nie są bezwarunkowo dziedziczne w tym znaczeniu, by można odpowiadające im dziedziczne instytucje tworzyć. O ile sięga nasza wiedza, najlepiej odpowiada to celowi, gdy zostawiamy pole indywidualnemu doborowi w gruncie społecznego równouprawnienia. Żaden socjalista zatem nie zechce zwalczać zdania, że w każdym społeczeństwie musi być pewna miara ilościowego i jakościowego podziału pracy, i że najlepsi powinni w niem stać na czele. Tego nas darwiniści uczyć nie potrzebują, że każdemu należy dać stanowisko odpowiadające jego zdolnościom. Leży to najzupełniej w interesie ogółu; wątpimy jednak, czy mechanizm doboru w społeczeństwie dzisiejszym, czy dobór pedagogiczny, prawny, ekonomiczny, militarny i moralny – istotnie najlepsze jednostki na właściwym dla nich stawia miejscu. Do tego celu nie dostaje nam niezbędnych społecznych warunków, a tylko kolektywizm środków produkcji i zniesienie przewagi klas może je stworzyć. I my również podzielamy pogląd Treitschkego, że pospolitość musi służyć wyższości, stanowczo jednak wątpimy, by tak się rzeczy miały w rzekomo „naturalnej arystokracji” przewagi klasowej, a co do pojęcia wyższości i pospolitości mogą także istnieć różne zdania.